Wednesday, 31 August 2016

Don't cry for me, Argentina.

The country of superlatives. Crazy and sometimes annoying, but still, I love it!

Never ever in my 5 years of travelling shared one bed with a truck driver (just share, obviously!), and in Argentina it happened 6 or 7 times. And I really appreciate that coz each time I was saved from spending a night at the petrol station. 

Never spent 3 days literally on the road, without entering a single city. I was eating only at the petrol stations or restaurants for truck drivers, taking showers at the petrol stations and sleeping in the trucks. I really felt like I was some kind of escaping kid on the road.

Never crossed 3000 km in 3 days, and never seen a road sign showing a distance of almost 5000 km (sorry, still haven't been to Russia or Canada).

Never been to pampa with absolutely nothing in a range of 300 km. Rocks, soil and rare bushes and sheep.

Tuesday, 16 February 2016

livin´ large in panama.

Szukajcie, a znajdziecie – mowia niektorzy. Ja powiedzialabym – zostawcie wszystko w rekach losu i czekajcie na rezultat. Podrozujac jakis czas po Ameryce Centralnej postanowilam poszukac pracy. W Nikaragui przepracowalam caly jeden dzien, czekajac na odpowiedz od innego pracodawcy, ktora w koncu nigdy nie nadeszla. W Kostaryce odpuscilam na samym poczatku, widzac rynki pracy okupowane przez nielegalnych imigrantow z Salwadoru i Hondurasu. Zapomnialam o calej sprawie, az do przyjazdu do Panamy i koniecznosci znalezienia noclegu na okolo 10 dni. Poniewaz w Panamie jest drogo i uzywa sie dolarow, postanowilam poszukac mozliwosci pracy w hostelu w zamian za darmowy nocleg. Z 3 potencjalnych konadydatow, wyszukanych przez internet, kazdy odpowiedzial na nie, ale zostal mi polecony inny, nieznany mi hostel. Tam, na pytanie o wolontariat zaoferowano mi prace na recepcji. Takim sposobem moja podroz zostala chwilowo wstrzymana i rozpoczelam zycie w nowym kraju, tym razem po raz pierwszy na kontynencie amerykanskim. Jak na ironie stalo sie praktycznie 2 dni po tym, jak stojac na balkonie jednego z hosteli myslalam, ze chcialabym pomieszkac w tym miesice i poznac  je od innej strony.


               
            Automatycznie pojawila sie kwestia znalezienia mieszkania, co dla moich znajomych z pracy bylo nie lada problemem. Bo drogo, bo daleko, bo (podobno) niebezpiecznie. Faktycznie, z moich obserwacji i zaslyszanych historii, Panama (miasto) miala swoje szemrane dzielnice, zwane gettami. No i ceny tez dosc wygorowane, szczegolnie w wiezowcach, przypominajacych panorame Miami. Nie bez przyczyny Paname nazywa sie Miami Ameryki Centralnej. Apartamentowce, biurowce, palmy, wybrzeze. Moim osobistym zdaniem przypomina tez po troche Szanghaj, ze swoimi dwiema czesciami – stara, zabytkowa (jak Szanghaj kolonialny) i nowa, nowoczesna (Pudong). Maly pokoj w jednym z tych nowoczesnych kilkudziesiecio-pietrowych budynkach to koszt $400-$500.



                Ja jednak postanowilam poszukac mieszkania/pokoju w swoim stylu, tzn pytac od osoby do osoby. Takim sposobem wdalam sie w dyskusje ze sprzedawna fast foodu na jednej z ulic w okolicy portu. Byl jedynie osoba, ktora zapytalam o ewentualne mozliwosci wynajmu w tej dzielnicy, a on od razu wypalil, ze sam ma jeden wolny pokoj za $200. Juz na wstepie byla to cena o polowe nizsza niz wszystkie informacje posiadane przez moich znajomych. Wypytywalam go dalej o inne miejsca, blizej centrum itp. Tlumaczyl, ze tam gdzie sie znajdowalismy nie ma co szukac, bo jest niebezpiecznie i na Ulicy 13tej (Calle 13, co swoja droga jest tez nazwa mojego ulubionego zespolu z Ameryki Lacinskiej) grasuje pewnien gang, wiec tam nie ma wstepu (jak sie potem dowiedzialam, na tej samej ulicy jedna z moich wspoltowarzyszek pracy zostala okradziona o 8 rano). Podziekowalm serdecznie temu panu za udzielone informacje i udalam sie prosto na te ulice. Tam sposobem na chybil-trafil zagadywalam ludzi. Ktos nie mial pojecia o wynajmach, ale inna osoba, ktora zaslyszala  moje pytanie juz cos wiedziala. Tak zbieralam kontakty az do natrafienia na pewnien chinski sklep, a ktorym wlascicielka podobno miala wolne pokoje. Okazalo sie, ze jednak nie, ale nasza wymiane zdan uslyszal jeden z klientow i zaczepil mnie z oferta pomocy. On znal kogos, kto wynajmowal pokoj w tej samej dzielnicy, gdzie mieszkal on sam placac $80 za miesiac. Od razu zwalilo mnie to z nog, bo takich cen nie ma nigdzie. Z radoscia zgodzilam sie isc z nim, obejrzec pokoj i calkowicie zignorowalam komentarz jego znajomego, ktory z lekkim przerazeniem w oczach stwierdzil, ze “ta dziewczyna nie moze tam mieszkac, to czerwona strefa” – krotko mowiac jedno z gett.             
                Stwierdzilam, ze bede dalej szukac i sprawdzac znane juz oferty i w razie czego, skontaktuje sie z Anibalem – tak mial na imie Wenezuelczyk, ktory slyszac moje pytanie w sklepie, nie znajac mnie w ogole zaoferowal pomoc (wspomnial tez, ze w razie jakichkolwiek problemow z mieszkaniem zanim cos wynajme moge nocowac w jego pokoju). Poprzednio oferowany pokoj za $200 okazal sie czterema scianami i podloga. Nastapila pierwsza konfrontacja ze slowem “pokoj”, co w lokalnym jezyku znaczylo wlasnie to. Absolutnie zero mebli, wszystko trzeba kupic samemu. Niektore z mieszkan nie mialy nawet dostepu do kuchni. Wycofalam sie z tego od razu, bo za cene $200 wydawalo mi sie to jakmis zartem. Na kolejny dzien umowilam sie na spotkanie z Anibelam, ktory pracowal rano przez 2 godziny i potem wieczorami w innym lokalu, wiec srodek dnia mial wolny. Poszlismy do jego pokoju pieszo, bo okazalo sie to tylko 20-25 min marszem (nie jak dojazdy innych znajomych z pracy, ponad godzina w taksowce). Stopniowo wizerunek miasta sie zmianial i dawalo sie zauwazyc pogarszajace sie warunki lokali, mieszkac, brud, smieci, zniszczenia itp. Ostatnia z glownych mijanych ulic dzielnic byla Caledonia, z ktorej wchodzi sie w Curundú – moj nowy dom w Panamie. Automatycznie znikaja kolory, porzadek, czystosc i… biali ludzie. Wszyscy to co najmniej mocni mulaci lub czarni (z wyjatkiem kilku Chinczykow, wlascicieli sklepu).



                Udalismy sie do mieszkania w ktorym mieszkal Anibal, w nowej czesci Curundú. Opowiedzial mi historie jak ta dzielica sie zmienila w ciagu ostatnich 3 lat. Z kompletnej degeneracji, miejsca bez ulic, z walacymi sie domami z drewna, gdzie nie wkraczala policja, bo bylo tak niebezpiecznie. Widzialam jedno zdjecie wlasciciela mieszkania, a ktorym mieszkam Anibal i rezolutnie zapytalam, czy zostalo zrobione w Afryce. Ten odparl, ze nie i wskazal palcem miejsce po drugiej stronie ulicy, ktore jeszcze 3 lata temu dla mnie wygladalo jak dzielnice biedy w Afryce. Potem wybralismy sie kupic cos do jedzenia na stara czesc Curundú, ktora ciagle byla z drewna lub zlozona z betonowych budynkow mieszczacych dziesiatki maltukich mieszkan. Tam Anibal zaczepil swoja “sasiadke”, ktora byla osoba wynajmujaca pokoj.  Chwile pozniej znajdowalismy sie u niej obgadujac sprawe wynajmu. Poniewaz mialabym miec dostep do kuchni i lazienki bez dodatkowych kosztow czynsz mial wynosic $100, co dla mnie i tak bylo bajka.
                Umowilimsy sie wstepnie na moja wprowadzke dzien pozniej i wymienilismy telefonami. Moje rzeczy wciaz znajdowaly sie w hostelu, w ktorym pracowalam, bo wlasciciele zaoferowali darmowy nocleg w jednym z dormitoriow na czas mojego szukania mieszkania. Wrocilam tam z radoscia oswiadczajac, ze znalazlam mieszkanie w 2 dni (przy czym inni z hotelu szukali 2-3 tygodnie wciaz bez rezultatu). „Swietnie” - mowili, „gdzie?” „Curundú” – odpowiedzialam. Wtedy ich twarze zmienialy sie z usmiechu w przerazenie. “Boze, dziewczyno, ty nie mozesz tam mieszkac”. To uslyszalam od swoich pracodawcow – starszej pary gringo, posiadajacych owy hotel juz jakies 8-9 lat i podobno znajacych kazdy zakatek Panamy. Na temat Curundú tez mieli swoje zdanie, ze to najgorsza dzielnica w Panamie, w ktorej mieszkaja sami degeneraci, zlodzieje, narkomani i dilerzy. Ze biala dziewczyna, w dodatku sama nie przetrwa tam dnia. Ich komentarze przyjmowalam sceptycznie, bo przynajmniej ja znalam tam kogos i nie wydawalo mi sie, zeby ci Amerykanie kiedykolwiek postawili tam noge.
                Klucz do mieszkania mialam w reku tylko raz, pierwszej nocy, co wydawalo mi sie dobrym poczatkiem, zwazwszy, ze wlascicielka – Maruquel (okolo 29-letnia matka 12-letniego dziecka) kompletnie mnie nie znala. Nie to, ze w trym mieszkaniu bylo cos wartosciowego, ale liczyl sie sam fakt. Zostalam ulokowana w pokoju jej dziecka (na dobra sprawe nie wiem czy owy pokoj kiedykolwiek byl przez nie okupowany), podarowano mi miejsce w szafce w kuchni i tak zaczelo sie moje zycie w Curundú. Pierwszej nocy, po pracy i po imprezie wrocialm taksowka z poznanaym 10 min wczesniej mezczyzna. Sama zdolalam dojechac autobusem do Caledonii i tam poznalam przypadkowego przechodnia, kotry uslyszawszy, ze zmierzam do Curundú zaoferowal podwozke taksowka i pomoc w znalezieniu innego lokum.
                Musze przyznac, ze poczatkowe dni w dzielnicy byly dosc ciezkie. Nie chcialam wychodzic na zewnatrz, zawsze przemykalam do i z pracy, chcac byc jak najmniej widziana. Bylam jedyna (sic!) biala i jedna z niewielu mulatow/azjatow. Gdy wyszlam do pracy pierwszy raz wydawalo mi sie, ze slyszalam tysiace szeptow i obelg (ale tak na prawde nie wiem, czy to prawda, czy tylko moja wyobraznia), widzialam na murze graffiti “Gringos putos” (“Gringos cioty”), a z moja twarza i wlosami praktycznie automatycznie bylam braka za Amerykanke. Konczylam prace w roznych godzinach. Miedzy 16 a 22 i zawsze przychodzilo mi wracac pieszo (nie bylo komunikacji miejskiej, tylko taksowki, na ktore nie chcialam wydawac minumum $2 za kazdym razem).  Wydaje mi sie, ze w ciagu tych prawie 3 tygodni, ktore tam mieszkalam, ani razu nie wrocilam od poczatku do konca sama (w godzinach nocnych). Zawsze zaczepial mnie ktos pytajac, czy sie nie zgubilam albo, ze dalej nie da sie isc o tej godzinie (czyt. Po 18 i przed 6 rano). Zawsze, gdy mowilam, ze ide dalej, bo tam mieszkam ludzie reagowali miedzy kpina, a zloscia. Mysleli, ze zartuje albo ze z nich kpie.
Innego razu zostalam zaczepiona przez taksowkarza, ktory oznajmil mi, ze dalej nie moge isc, bo jest zbyt niebezpiecznie. Oswiadczylam mu, ze tam mieszkam, na co on prawie zlozyl mi kondolencje i okazal nieopisany zal (w oczach i gescie). Zaoferowal podwozke pod same drzwi i to samo kiedy tylko bede potrzebowac. Innym razem idac ulica, chcialam kupic szluge i zagadal mnie gosc stojacy obok sprzedawcy, oferujac odprowdzenie mnie do domu i oswiadczajac, ze jest spokrewniony z osobami, z ktorymi mieszkam (co mnie nie zdziwilo, bo w tej dzielnicy znali sie prawie wszyscy). Wymienilismy sie telefonami, tak ze kiedy tylko potrzebuje odprowadzenia do domu, moge na niego liczyc (to, ze pozniej ten sam facet powiedzial mi, ze sie zakochal od pierwszego wejrzenia, to juz inna historia; zaprosil mnie tez do swojego mieszkania i pokazywal jedna po drugiej blizny i szramy zebrane w Curundú).


                  W miedzy czasie pracowalam i prowadzilam zycie towarzyskie, po trochu z Anibalem, po trochu z ludzmi znanymi przez Couch Surfing i inne kontakty. Czasami zdarzalo mi sie imprezowac do rana lub kimac u znajomych, wiec na noc do Curundú nie wracalam w ogole. Czasami mialam oferowana podwozke w poznych godzinach nocnych przez mieszkanca “luksusowej” czesci Panamy. Zawsze lekko go ostrzegalam, ze wjezdzac do “mojej” dzielnicy jako nieznajomy moze okazac sie bardziej niebezpieczne dla niego niz dla mnie. I tak jednego razu, nie znajac porzadku ulic, gosc wjechal w jednokierunkowa pod prad i momentalnie zostalismy zatrzymani przez policje (kazde z nas po 4-5 piwach). Sytuacje uratowalo moje oswiadczenie, ze mieszkam na ulicy takiej i takiej, tak ze policjant upewnil sie, ze wiemy dokad jedziemy. On sam oznajmil tylko, ze Curundú to najbardziej niebezpieczna dzielnica Panamy (oprocz El Chorillo i San Miguelito.


Do zycia w Curundú albo sie przyzwyczaisz, albo nie masz po co probowac tam mieszkac. To inny swiat, rzadzacy sie swoimi zasadami, w ktorym nie obowiazuja powszechnie przyjete normy. Glosna muzyka o 4 po poludniu, tak samo jak o 6 nad ranem zdaje sie nie przeszkadzac nikomu. Robienie prania o 3 nad ranem, gdzie pralka wprawia w ruch cale pietro to tez cos normalnego. Krzyki, gwizdy – cos co wydawaloby sie klotnia. Nie, tak sie tam rozmawia. I ciagle piszczace czujniki dymu. Non stop, o kazdej porze dnia i nocy, co 1-2 minuty. Piszczace tak glosno, ze poczatkowo zastanawialm sie, jak mozna normalnie spac w tych mieszkaniach (dodatkiem byl wilgotny upal).
Policja na kazdym rogu, zamykane po 18 ulice to nie oznaka organizacji i bezpieczenstwa (jak powiedzial Anibal), ale raczej jak niebezpiecznie tam jest. Wciaz jest niebezpiecznie, chociaz o niebo lepiej niz bylo 3 lata temu. Juz od pierwszej nocy prawie co noc slyszalam huk, ktory na poczatku wydawal mi sie petardami, ale hm… wydaje mi sie, ze bardziej prawdopodobne sa strzaly z pistoletu. Szczegolnie, ze nastepnego dnia na chodniku widnieja dwie czerwone plamy, dziwnie przypominajace krew. Codziennie jakas bojka. Gapie zbieraja sie momentalnie i tak samo szybko odchodza, majac takie widoki na porzadku dziennym. Niektore z tych historii opowiadalam w pracy jako anegdoty, “takie tam w Curundú”, zawsze z usmiechem na twarzy. Naiwnie, bo okazalo sie, ze ludzie powoli zaczynaja mnie uwazac za pokrecona i byc moze jedna z ludzi z tej dzielnicy, plotkujac za moimi plecami i powtarzajac moje historie szefostwu. Bo oczywiscie najwiecej na temat tej dzielnicy wiedzieli ci, ktorzy nigdy w niej nie byli i nikogo w niej nie znali.    
Gwozdziem do trumny mojej wspolpracy w hotelu byla historia, ktora dla mnie byla jedynie zakloceniem snu, a dla innych mrozacym krew w zylach wydarzeniem (kilka dni pozniej zostalam zwolniona i wyjechalam do Kolumbii). Po calym tygodniu pracy, prawie bez wolnej chwili, bo wciaz mialam na glowie organizacje pewnych spraw, akurat tego dnia konczylam wczesnie i chcialam sie porzadnie wyspac. Poszlam spac o 20 wspomagana pigulkami nasennymi, zeby przespac krzyki i piski weekendu. Obudzilam sie o jakiejs 5 nad ranem slyszac Maruquel wracajaca do pokoju z jakims facetem. Nastepujace jeki zignorowalam idac dalej spac, az do godziny 7, kiedy uslyszalam odglosy szarpaniny, biegania, rzucania przedmionami i krzyki prosby o zostawianie w spokoju. Nie moja sprawa i nie chcialam sie mieszac do tego, co sie tam dzialo. Az do moment, gdy Maruquel naga wparowala do mojego pokoju, a za nia mocno wkurzony, pijany lub na haju facet z 20 centymetrowym nozem. Wyjrzalam na zewnatrz, a tam cala podloga przedpokoju, drugiej sypialni, materac, meble, fotele – wszystko we krwi. Spojrzalam na Maruquel, zeby potwierdzic, czy to jej krew, ale oprocz tego, ze przerazona, cala i zdrowa. Poirytowana przerwanym snem i cala ta zadyma, stanelam pomiedzy nimi i zaczelam mowic do faceta, zeby sie uspokoil, czy cos takiego. Nie wiem, czy to jest naturalna reakcja na widok wkurzonego Murzyna z wielkim nozem, ale nie moge powiedziec, ze sie balam (kiedy stwierdzialm, ze chce tylko wszystkich nastraszyc, a nie zrobic cos na serio). Raczej zimno mowilam mu, zeby sie opanowal, na co on rzucil, ze to nie moja sprawa itp.
                Po kilku minutowej kontynuacji tej bieganiny i rzucania przedmiotami, facet wybiegl z mieszkania, a za nim Maruquel. Jak sie okazalo zabral ze soba jedyny klucz do mieszkania. Od tego momentu zamek dzialal na sznurek pociagany od zewnatrz. To wydarzenie „zblizylo” mnie do wielu sasiadow z bloku. Po awanturze wszyscy zebrali sie przed mieszkaniem (oczywiscie bez policji) i pytali mnie, co sie stalo itp. Wtedy tez pierwszy raz rozmawialam z nimi o mnie, mojej podrozy, poznalam niektore osoby z imienia. 



Na ulicach codziennie ktos mnie wital i pozdrawial. Czasami kompletni nieznajomi, ktorzy prawdopodobnie uslyszeli o moim istatnieniu od innych osob. Nigdy nie spotkalam sie z jakakolwiek negatywna reakcja, zaden komentarz, raczej wszystko na odwrot. Ludzie zaczepiali mnie, zeby poznac, zapytac, co tu robie, czy skad jestem.
                Najwyrazniej takiej wizji Curundú nie sa w stanie wyobrazic sobie niektore osoby, ktore slepo powtarzaja stereotypy, plotki i zle informacje. Nie mowie, ze tam sie nic nie dzieje, oczywiscie, ze jest niebezpiecznie. Ale wszedzie mozna znalezc troche dobra, nawet w najbardziej beznadziejnym miejscu. Just give it a try...



              


Thursday, 29 October 2015

stuff and everything

OK, i know this blog sux. i don´t really write here coz a. i have no time, b. there´s so many thing happening and it´s hard to choose what to write and put it in a logical story.
15 months of this trip passed today. and a looot still to go. i´ve been recently thinking of doing something totally different, ispired by "wild". but i wanna at least finish one thing i´m doing before starting next one.
i´ve done 1300 km hitchhiking in 1,5 days. 2 rides and one night in the truck. i´ve had lovely weather almost all the way, no rain everybody was scaring me from.
i´ve signed up for some kinda volunteering thing in the end of december, in brazil, so i needa be there. hence the recent rush and calculating where i´m gonna be at certain points.
and i lot of wine :) i promised myself to drink a lot in chile and argentina as they are wine countries and i´ll keep the word.

Tuesday, 11 August 2015

soy america latina

8 and a half months on the road. On the Panamericana road to be more precise. From Mexico until south Peru (now). I'm still here, and god, I'm still alive. They told me I'd be dead in a day, alone, hitch hiking in Latin America, but... oops, someone was wrong.
3 countries which really touched me and in the same time, kicked my ass - Mexico, Colombia, Peru. In 2 of them I got robbed, but I still love it. It´s other world, though. Other than Europe I mean, and sometimes I have just enough of it. Lack of organization, lack of sense of time, lack of sense in many cases. But it makes me sad thinking that, what for me is lack of luxuries, temporary suffering in cock roached rooms with no wall paint, for many people from here is daily life. We´re still in third world country, aren´t we?

I was almost on the edge some day ago. Almost came back, but to where? I didn´t even know where to go. There´s no more a place in this world I call "home". Or rather, whole world is my home. Just give me some days in each country and I will feel like a life long citizen. But then, I can leave just like that, with no sentiments. So I keep on going, stopping, returning but keep moving at least. Looking ahead.

And again, like in Asia, I feel at home. I feel more connected with this twisted world within less then one year, than after 21 years spent in Europe with European world. And again I´m proving (more for myself now than for anyone else) that 99% of people are amazing, helpful with no interest, and again saving my life in so many aspects.      

Tuesday, 20 January 2015

there always is a first time (said by the police officer)

So, ladies and gentelmen. Please welcome me in the first row, as I´m a new member, of a "I got robbed" club. Yeey.
Maybe I thought I would never happen to me. But still, now, I think of it as a quite funny situation, even though the knife has been used somewhere in the meantime.
So. I walk (forever alone - another golden quote from another police officer) out of La Ventosa, Oaxaca to hitch hike to (un)famous San Cristobal. Wait on the road some 20 min, nothing around, soem wooden huts further away, 1 car per minute. My bag on the ground, as usual. And then here HE comes.  Some Mexican dude. There are always some Mexican dudes wandering around in the most solitary places, so I´m not even interested by his approach. He comes and starts with usual "Hola, donde vas? bla bla bla". The only thing I have on my mind is to get rid of him, because his mumbling so that I cannot understand a thing, and his making a fake crowd. And then he grabs my bag, an I´m like "what the fuck?" and I try to take it back. The sun is in my eyes, so I cannot see that he holds a knife against me, so I ignore the fack and start to run after him, as he picks up my bag and runs too. Small motherfucker, but he´s fast (and has a knife), so I turn around to see a truck coming. I stand in the middle of the road stopping the truck but the driver tells me to ask someone else for help. Car behind him, same story again. Finally taxi picks me up and drives back to the town (hell! I thought the guy would jump out of the car and run after the thief with me, but, well, maybe that´s just in films). I stay at the police, waiting for the car with more officers to come. Then we go to the spot, but of course no sign of a man or my backpack. We go around the village to look for him (and excuse me, Mr officers, but did you really think the guy would be on the streets or in a cantina straight after robbery?), no result. I go to the other, bigger, police station, where eventually I get food (bought by officer) and stay for a night. The morning after we come back to the spot again, again no results. Then I get send to the federal police in Juchitan, where I make an official statement (in Spanish!) and all I have to do now if wait for information (and in reality, just buy new stuff and keep going - I don´t believe it will ever be found).
Stupid robber. If only he had stolen the bag I had on my arm, I would have been in deeeep shit. Now, I´m in a bit more shallow, but still shit. My ATM card - the only valuable thing in the bag, got stolen, and now I have some 200 pesos on me and 2 weeks (minimum) to wait for another one to be send from Poland. Other things? Yeah, 1 year old diary, 25 pages of letter to my parents, a book, chargers, clothes, relatively new sleeping bag and a tent. All pretty much replaceable, but I get sick when I think how many small things I need to buy again. It´s easier to say what I have left; a top, trousers, bra, pants, a map of Mexico, wallet, passport, small mirror, sunscreen, sun glasses and a camera.
Will I come back like LosWiaheros guys who got robbed in Bolivia and immediately returned to Poland? Hell no! I´ll keep on rocking and! I´m 10 kg ligher now, just how I wished... ;) 

Tuesday, 30 December 2014

Las Americas

It´s already more than 5 months since I left Poland. Sometimes I´m fed up, sick (literally, like now) and tired, wanna go back to do... I don´t know what in Europe or in Poland.
I´m in Mexico. 5 min decision. Ticket bought. Damage done. I´ve been here more than 4 weeks now. Hitch hiked all over the place, yes- alone, yes- without much of Spanish, altough I´m learning.
Back to ¨third world country¨ or whatever you call it. It took me whole 5 days, I think, to get used to being different on the streets, in the restaurants. It´s all normal now, and I feel almost like home. Like in Asia, which Mexico resembles a lot.
And even though sometimes I wanna go back, there´s something which pushes me and keep me going. And that´s what I will be doing, again.

Monday, 13 October 2014

italy? it's all about sex!

Ok, firstly, I gotta say, it's not gonna be objective feedback from travelling in Italy, as I've only been there 4 days, only hitch hiked from Swiss border to the coast near Savona, and only surfed with one CS host. But!
Go to Italy if you wanna wonder if every driver is gonna invite you for a few minutes in the bushes, and before that stand by the road in perfect hhiking spot for hours.

I've been hitch hiking alone 1,5 years now, is some 15 different countries and never ever requested stopping like here, now. In Italy - 3 times in 2 days. In Italy, literally (I've counted) every second driver asked me for sex (so what I've only had 6 of them ;), the statistics are statistics).
1.
So I was hitch hking from Geneva, Switzerland, through France (fucking amazing views, btw, Mt. Blanc etc), where I was picked up by 32-year-old dude from Milan. 20% in English, 80% in Italian (and vice versa with me), and somehow we manage to make some kinda conversation, until guy started asking me for English names for dick, pussy, ass etc and then wanted me to show him my pubic hair as he "couldn't believe it's blond as he never seen a blond one" (really? can you be that stupid?). It was all said in kinda funny way, so II thought he was joking, but then I saw he was actually searching for some parking lot to pull over. When I refused to do so (duh!), and started talking about a place I was supposed to get off, he said he wouldn't let me get off, that he was "the boss in this car" and he was taking me to Milan to fuck me for 2 hours (he was saying that while passing by yet another petrol station and motorways junctions).
I was playing it cool till the end, and just demanding stopping, some 4 times, and finally he did stop, at the emergency stopping area, where just at the same time (!) a truck pulled over, so all I did was to get off the car and ask the other driver (German, and god bless this guy for being German) to take me to the nearest petrol station. Finito.
And my regular self would call the Italian guy "@#%!#%@$!!&&^#!@%#", but my Buddhist self would try to understand his behaviour. The guy either hated or envied my lifestyle, as he was saying smth that I didn't know what the real life is, that I should have family, kids, work for them etc, not just mess round and do "nothing". So the only way I can explain what has happened is that he wanted to scare me from doing this again (not so easy, dude!). He wasnt a vilain, he did stop (and honestly, what could he have done? drag me to his place where his wife and kid lived? come on. I knew he would let me go sooner or later, but was kinda in hurry to get to Turin to play this game with him), and at the end he gave me a pear (?!).
2.
My lovely host, who let me stay at his place, actually invited me after my last minute request (this whole Turin trip was planned in 5 min the evening before). We enjoyed local red wine (1.7 euro per bottle), finished one bottle each, and then finished all the remaining alcohol in the flat. Then the guy tried to kiss me and then do all the other things which come next, plus we had an argument which he apologised for later on, but then Turin is the most misterious place on Earth as it makes the angles for both Black and White Magic Triangle (Google it if you wanna find out more, that's pretty scary story I had no idea about, but somehow I ended up in the place anyways, thanx to Powers-That-Be I guess). So all the bad energy caused weird moments in the city (the other person discovered her camera was broken just in fron of the obelisk which is told to be standing on the entrance to Hell).
3.
I wanted to get out of the high tension triangle place, so hitch hiked south, towards Savona.I would have been stuck at the gas station for sure if not 2 Moroccan guys who stopped and took me 100 km south. There I changed for local road, instead of motorway, and started 5-20km rides for the whole day. The spot was perfect, no one would stop. I walked some 7 km in total that day. But actually it stared ok, from that oldish man who stopped after just 3 min of waiting, and was supposed to take me 30 km further. Took 15, I forced him to stop after he was gibberishing about sex for 5 min and then tried to touch my boobs.
4.
The same day! After 1 normal driver, another freak comes. This one looked fucked up from the very beginning but it was only 15 km to go, and I was sick and tired of waiting for over an hour. He actually looked like Pavlov's dog. His mouth almost watering when he was looking at me (fully dressed, jacked zipped till the end, but still...). After 5 min of ride he pointed at his dick and I could only mumble "oh, gosh" and told him to stop. 2 times and he still says smth about paying me 20 euro (hm... I lost a value a bit, last time it was 50 proposed). Final "stop" came out a bit more like a shout, so he stopped at the hard shoulder, I got off, slammed the door (a bit too soft. My Buddhist self got tired this time), and the man made U-turn and came back. Hell, he was stopping just for sex in the first instance.
Holy crap, this is Italy.


I'm proud of everyone who read it till the end.